Home  |  Modele  |  Ludzie  |  Formuła 1  |  FIA GT  |  La Ferrari  |  Forum
Automobiles of London '09
Finali Mondiali '09
Le Mans 2009
Leggenda e Passione 3
Auto Salon du Geneve '09
Finali Mondiali '08
DSMP, CEZ-FIA Poznań 2008
Le Mans 2008
Leggenda a Passione 2
Rekord na Fuji
Magic India Discovery
Finali Mondiali '07
IAA Frankfurt '07
GT Polonia '07
Modena Trackdays '07
Rekord prędkości na wodzie
Le Mans 2007
Rekord na Silverstone
599 i 612 w Automobilismo
Shell V-power day Poznań
Tour Auto 2007
II zlot miłośników włoskiej...
Auto Salon du Geneve '07
Ferrari 60th Relay
Panamerican 20,000
Finali Mondiali '06
Paris Motor Show '06
Wystawa w CH Galeria Łódzka
Racing Days Nürburgring
FIA GT 24 Hours of Spa
Tour of China
Ferrari & Maserati Russia Run
Tour Auto 23-28.04.2007

Jest takie pięć dni w roku, kiedy leniwe francuskie drogi wypełniają się najbardziej porządanymi klasycznymi samochodami sportowymi, które rzadko widuje się poza muzeum albo torem wyścigowym. Legendarne Alfy, Astony, Alpiny i Ferrari przemierzają ponad 2000 kilometrów wokół Francji, hołdując tym samym kultowej niegdyś imprezie Tour de France. Przez lata wydarzenie to zostało uległo ewolucji – z czysto wyścigowej natury przeistoczyło się w szybką i ryczącą procesję oferującą uczestnikom wszystko, co naród gospodarzy ma najlepszego do zaoferowania w drogach, jedzeniu i przyjęciach.

Tour Auto sięga korzeniami aż do 1899 roku. To wtedy przez francuski automobilklub został zorganizowany pierwszy wyścig dookoła kraju. Dzielni zawodnicy poskramiali swoje konstrukcje pędzące 50 km/h, nierzadko dziesiątki godzin bez przerwy. Począwszy od 1906 roku wyścig odbywał się już regularniej, choć w organizacji skutecznie przeszkadzała wojna. Po odbudowie zniszczonej gospodarki i powrocie do normalnego życia, w 1951 impreza została wskrzeszona przez Automobile Club de Nice. Sytuacja na drogach wyglądała jednak już trochę inaczej, a bolesne doświadczenia z Mille Miglia przekonały organizatorów do innej formy – drogi publiczne stanowiły teraz tylko „dojazdówkę” z odcinkami specjalnymi rozgrywanymi na lokalnych torach.

Tour de France Automobile okazał się wielkim sukcesem, przyciągającym producentów nie tylko z rodzimego rynku, ale i Włoch i Wielkiej Brytanii. Już w pierwszej powojennej edycji na starcie stanęły Astony Martiny i Jaguary, a także wschodząca gwiazda sportów motorowych – mały warsztat z Maranello: Ferrari. I to właśnie konstrukcja z cavallino na masce zdobyła laur zwycięstwa (pierwszy z trzynastu, które miały nastąpić) - 212 Export Barchetta Touring s/n 0078E z ekipą Pagnibon/Barraquet za sterami. Przedsięwzięcie przez następne kilkanaście lat z mieszanym szczęściem i sławą przyciągało kolejne marki i nazwiska, borykając się z problemami finansowymi było kilkakrotnie wstrzymywane. Punkt zwrotny nastąpił w 1969, kiedy Federation Francaise du Sport Automobile pozwoliła na uczestnictwo prototypów – złota era z tak fascynującymi uczestnikami jak Matra 650, Ferrari 512 czy Fordy GT40 nie trwała jednak długo – kryzys paliwowy i wynikający z tego brak sponsorów złożył się na ostateczny koniec – ostatnia (pięćdziesiąta) edycja odbyła się w 1986. Jednak już w 1992 grupa entuzjastów wspierana przez Automobile Club de France podjęła się odważnej próby rewitalizacji legendy, jednak już w innej formie – od teraz było to spotkanie miłośników klasycznych bolidów sportowych, które stanęły na starcie oryginalnego wyścigu w latach 1951 – 1973 (z nielicznymi wyjątkami).

Patrząc dziś na listę startową, obejmującą około 250 najwspanialszych egzemplarzy samochodów wyścigowych, wśród których zobaczenie choćby jednego oznaczałoby dla pasjonatów ogromne przeżycie, wiemy, że pomysł wypalił. Co roku, począwszy od Paryża, poprzez historyczne pętle typu Circuit de la Sarthe (arena wyścigu Le Mans) czy Charade (nazywane Nürburgringiem południa) przewija się wspaniała kawalkada, witana w miasteczkach i wsiach owacjami miejscowych. Na ulice wychodzą nie tylko pasjonaci motoryzacji – Porsche 906 czy Lancia Stratos sunąca pod domem na nielicznych nie zrobiłaby wrażenia.





Żeby jednak Tour Auto (jak się teraz nazywa, po protestach towarzystwa kolarskiego o zbieżność z nazwą ich imprezy) nie przerodził się w nudny pochód, organizatorzy zadbali o całą serię zestawień, w której współzawodniczą samochody podzielone na klasy – Competition i Règularitè i dalej na kolejne grupy. Aby dać szansę bardziej wiekowym konstrukcjom, klasyfikacja o końcowe zwycięstwo przeprowadzana jest tylko pośród aut z lat najsłynniejszej edycji Tour de France – tj. z lat 1951 - 1966. Roczniki poniżej 1969 także biorą udział, nie liczą się jednak w walce o puchar. Rywalizacja odbywa się na tych samych słynnych torach a także, dbając o większą dozę rozrywki a także czysto estetyczne wrażenia codziennie kilka kilometrów górskich dróżek zmieniało się w rasowe odcinki specjalne. W tym roku wygrał podobnie jak poprzednio Lotus Elan holenderskiego małżeństwa Hugenholtzów. Wśród „regularnych” pojazdów drogowych najszybszy był Citroen SM państwa Linwoodów. Jednak to nie współzawodnictwo jest tutaj najważniejsze a niepowtarzalny duch tego wydarzenia i atmosfera, jaka towarzyszy obecnym.

Nam było dane ją poznać dopiero w dwa ostatnie dni rajdu – późno rozpoczęte paniczne przygotowywania i organizowanie wszystkiego od zera w kilka dni wydawało się być niedorzeczne, ale na pewno się opłaciło. Rajd zaczął się wystawną prezentacją w Grand Palais w Paryżu, by następnego dnia ruszyć w kierunku legendarnego Le Mans i Le Vigeant. Dołączyliśmy w nocy z trzeciego na czwarty dzień (po trzydziestu godzinach podróży), gdy eksponaty spały po ciężkim dniu spędzonym na miejscowym torze Circuit d’Albi. Męcząca przeprawa i jeszcze gorsza noc mocno obniżyła nasze morale ale wystarczyło, że rano słońce oświeciło znajdujący się zaledwie kilkanaście metrów od nas parking... Morze najzacniejszych bolidów wkręcanych na najwyższe obroty, oświetlane rannymi promieniami od razu postawiło nas na nogi. Sześć błękitnych Alpin koło siebie, tuż obok cała reprezentacja Alf (wiele Giulii(ett), GTA(M) wspaniale przygotowanych do sportu, a i TZ), Mustangi, Porsche (nie tylko 911-tki – wiele 356 i aż trzy 906!) i Ferrari, gdzie obok „popularnych” Dino i 275 GTB znalazły się takie rarytasy jak Daytony Competizione czy autentyczne rajdowe 308 GTB grupy IV. Notabene grupa IV miała bogatszą reprezentację – do Francji przyjechały też nie mniej rzadkie De Tomaso Pantera w tej specyfikacji czy popularna Lancia Stratos.


















Po godzinnej zawierusze na parkingu ruszamy z grupą – samochody startują na przestrzeni trzech godzin, poczynając od najszybszych. Naprawdę najszybszych – ale mało kto mógłby przypuszczać, jak żywotne mogą być także niepozorne Lotusy Elany czy Alfy Giulietty na krętych górskich dróżkach. W dalszy przebieg podróży do pierwszego punktu mało kto by uwierzył, gdybym nie miał zdjęć – w mieście towarzyszyły nam Ferrari F50 i 365 GTB/4C, poza terenem zabudowanym kierowcy spuścili jednak kagańce z nieposkromionych koni i obydwa czerwone dzieła sztuki ryknęły pełnymi 24 cylindrami... Pozostało nam tylko obserwować i robić zdjęcia mijających nas po kolei – Forda GT40, De Tomaso Pantery, Porsche i Alf.

Niewątpliwie ogromną zaletą imprezy jest fakt, że przebiega przez Francję, a dokładnie – jej najurokliwsze zakątki. Organizatorom należy się ogromny szacunek za dobranie takiej trasy, która sama w sobie jest niewątpliwie duża atrakcją. Mijane miasteczka i wielowiekowe zamki nadawały przejazdowi niepowtarzalną atmosferę.








































Po kilku godzinach drogi dotarliśmy do głównego punktu dzisiejszego dnia – pętli w Charade. Ku naszej rozpaczy akurat nad torem rozpętała się ogromna burza, która pokrzyżowała plany wszystkim poza kierowcami, którzy nieustraszenie walczyli w wyścigach w strugach deszczu. Niepocieszeni ruszyliśmy ku Vichy, gdzie znajdowała się baza na noc.













Miasto to stanowi ceniony kurort wypoczynkowy, którego głównym punktem jest elegancki park – to właśnie tam odbyło się „nocowanie”. Był to jedyny moment dla mechaników, kiedy mogli poczynić potrzebne serwisowanie i naprawy - przypominało to nieco charakterem rajd Dakaru. Już następnego dnia – skoro świt, o szóstej rano – przywitaliśmy bohaterów spowrotem by porobić kolejne zdjęcia.

Od siódmej zawodnicy już wyjeżdżali, przyczailiśmy się więc naszym samochodem przy wyjeździe i następnie przejechaliśmy przez całe miasto za 365 GTB/4 Competizione – wrażenie o tyle niepowtarzalne co dające przyjemność wszystkim zmysłom. Oczywiście tuż po opuszczeniu terenu zabudowanego kierowca dał upust wszystkim ze 360 koni zostawiając jeszcze na długo echo silnika. Następne 400 kilometrów to szansa poznania w doborowym towarzystwie małych osad, gdzie mieszkańcy skutecznie bronią się przed szalonym tempem życia i komercjalizacją.



































Przy dzisiejszym odcinku specjalnym – hillclimbie wśród gór rejonu Beaujolais, całkowicie pokrytych winoroślami jedno z owych mieścin zostało dosłownie zatkane wszelkiej maści Lanciami, Alpinami i Ferrari, czekającymi na start. Po minięciu jeszcze kilku równie malowniczych, „pocztówkowych”, widoczków: górskie serpentyny, tama nad Rodanem czy „Biała autostrada” przez alpejskie szczyty z licznymi tunelami (obowiązkowo wszystkie okna w dół!) dotarliśmy do Evian-les-Bains, francuskiego uzdrowiska przy Jeziorze Genewskim na przeciwko Lozanny.

















Tam mogliśmy po raz ostatni stanąć oko w oko z samochodami, dla których przyjechaliśmy. Na metę dotarło też kilka aut zgłoszonych do rajdu, ale nie biorących w nim aktywnego udziału, jak np. piękny 250 GTO braci Wang w kolorze Blu Sera. Ustawione w jednym rzędzie tak niesamowite automobile w towarzystwie tafli jeziora robiły piorunujące wrażenie. W Evian było nam dane przekonać się najmocniej o kolejnym przyjemnym aspekcie imprezy – to więcej niż spotkanie, to prawdziwe święto motoryzacji. Przez cały czas towarzyszyły nam miejscowe „gwiazdki” motoryzacji – od współczesnych Corvett i F430 poprzez Renault Gordini 8 czy Ferrari 328 do nawet drogowej Lancii 037. W mieście kończącym rajd doświadczyliśmy prawdziwego wysypu miejscowych klasyków – na sąsiednich ulicach w oczy rzucały się Alpiny A110, Jaguary E-type, pierwsze 911-tki a także... czarna Miura SV. Nie mniej było także współczesnych odpowiedników, a na właścicielach Ferrari 550 czy Renault Spydera „starocie” robiły nie mniejsze wrażenie niż na nas.


















Tak skończyła się nasza przygoda z Tour Auto. Niektórzy mogą mówić, że impreza ta nie ma takiego statusu co Mille Miglia, ale niewątpliwie oferuje więcej zarówno dla uczestników jak i obserwatorów. Pomijając ekscytujący dobór aut specjalne uznanie należy się dla wyznaczonej trasy, która stanowi tutaj integralny element, tworzący tak wyjątkową atmosferę.

Prawa autorskie  ·  Kontakt  ·  Info  ·  Linki